Zamknij Używamy plików cookies, by ułatwić korzystanie z naszego serwisu. Jeśli nie chcesz, aby pliki cookies były zapisywane na Twoim dysku, zmień ustawienia swojej przeglądarki. Więcej na temat plików cookies znajdziesz w naszej polityce prywatności i cookies.

Potrzebujesz pomocy? Infolinia 71 736 75 55

Ubezpieczenia turystyczne

Ubezpieczenie w górach i w podróży, czyli kiedy według podróżnika przydaje się polisa

Opublikowano: 2016-09-01, godz. 14:39 (aktualizacja: 2016-09-30, godz. 10:58)

Wyjeżdżając w odległe, nieraz ryzykowne miejsce, nie zakładam z góry wystąpienia wypadku. Byłbym jednak nierozsądny, zupełnie lekceważąc jego możliwość – pisze Łuasz Supergan, podróżnik i bloger, który spełnia swoje marzenia właśnie poprzez wyjazdy. Niejedno już zwiedził i widział, jednak nadal nie przestaje marzyć. W ostatnim czasie jego podróży i potencjalnych wypadków strzeże towarzystwo Gothaer.

Wyjeżdżając w odległe, nieraz ryzykowne miejsce, nie zakładam z góry wystąpienia wypadku.  Byłbym jednak nierozsądny, zupełnie lekceważąc jego możliwość – pisze Łuasz Supergan, podróżnik i bloger, który spełnia swoje marzenia właśnie poprzez wyjazdy. Niejedno już zwiedził i widział, jednak nadal nie przestaje marzyć. W ostatnim czasie jego podróży i potencjalnych wypadków strzeże towarzystwo Gothaer.

Kiedy może się przydać ubezpieczenie turystyczne? Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć w jednym z wpisów na blogu podróżnika. Sprawdź co sam myśli o niebezpiecznych wyprawach oraz w jakich sytuacjach pomoc ubezpieczyciela może okazać się nieoceniona.

Kiedy myślę o ubezpieczeniach w podróży, przychodzą mi do głowy trzy historie.

Pierwszą z nich był wyjazd w Tatry Słowackie i próba zimowego trawersu Tatr Zachodnich. Minionej zimy opisałem na blogu moment, w którym wyczerpany i przemarznięty wlokłem się wiatrołomami, próbując wydostać się z odległego zakątka tych gór. Siły opuszczały mnie, a ja wciąż znajdowałem się wiele kilometrów od osiedli. Ścieżki nie było, wokół mnie tylko kilkumetrowe zaspy. Po wczorajszym wpadnięciu do strumienia moje buty groziły odmrożeniami stóp. Bylem sam, bez kontaktu ze światem. Byłem już gotów wzywać ratowników Horskiej Slużby. Wiedziałem że koszty akcji ratunkowej mnie zabiją, doprowadzony do ostateczności byłem jednak gotów na wszystko. Nie wezwałem ich tylko z braku zasięgu. Gdybym to zrobił, do dziś spłacałbym może rachunek na kilkanaście tysięcy euro.

Drugą jest przejście irańskiego Zagrosu i chwila bezmyślności, w której zdecydowałem się na bardzo ryzykowne zejście stromą, skalną ścianą. Byłem kompletnie sam, odcięty wśród potężnych urwisk. Kluczyłem w upale, niemal bez wody, wśród skalnego labiryntu uskoków, zastanawiając się, kiedy przyjdzie moment, w którym będę musiał wyciągnąć telefon lub SPOT-a i wysłać sygnał „mayday”. W Iranie nie istnieją służby ratunkowe w naszym rozumieniu. Istniał cień szansy, że z miejsca w którym byłem mógłby zabrać mnie helikopter, w przeciwnym razie nawet kilka dni musiałbym czekać, aż w odległym mieście znajdzie się jakiś zespół wspinaczy, gotowych do mnie dotrzeć. Czy mógłbym wówczas liczyć na wyrozumiałość Irańczyków? Być może. Była jednak spora szansa, że obarczono by mnie kosztami takiej akcji.

Ostatnią historią jest mało ekstremalne przeżycie, jakim była podróż po Azji Południowo-Wschodniej. W trakcie wielomiesięcznego wyjazdu moja towarzyszka podróży nabawiła się kontuzji ścięgna. Nie gwałtownej, ale dokuczliwej i utrzymującej się tygodniami. W kambodżańskim Siem Reap, zapadła decyzja o wizycie lekarskiej. Na obrzeżach miasta znaleźliśmy szpital. Przypominał widmo, nowoczesny, pełen betonu i szkła, i kompletnie pusty. Szybko zrozumieliśmy czemu: był nieosiągalny dla Khmerów, stał tam tylko z myślą o turystach. Kilkuminutowa konsultacja lekarska kosztowała w nim 150 dolarów. Prześwietlenie czy USG wielokrotność tej sumy. Odeszliśmy z kwitkiem. Nie pokrylibyśmy tych kosztów, a podróżowaliśmy bez ubezpieczenia.

Wiele moich podróży odbyłem, nie mając żadnego ubezpieczenia. Plany na ten rok sprawiły jednak,  że zacząłem myśleć o nim poważnie.

    Ubezpiecz się na podróż

Z Alp na koło podbiegunowe

Ten rok to dla mnie dwa kompletnie odmienne wyjazdy za granicę. Pierwszym jest pobyt w Alpach Francuskich i trawers masywu Mont Blanc. Drugim miesięczny treking przez Islandię. Obydwa łączy ryzyko przebywania samotnie w niesprzyjającym środowisku. Góry wysokie to ryzyko upadku, wpadnięcia do szczeliny, złapania przez burzę śnieżną czy uderzenia spadającym kamieniem. To ostatnie jest całkiem realne na drodze normalnej na szczyt, podczas przekraczania owianego złą sławą kuluaru „Rolling Stones”. Islandia to z kolei wędrówka przez pustkowie, często w złej pogodzie i bez możliwości znalezienia schronienia. Tu ryzykiem staje się wyziębienie organizmu, zgubienie drogi, upadek w trudnym terenie, możliwość porwania przez jedną z rwących rzek po drodze. Poziom ryzyka staje się wyższy niż podczas przejścia Łuku Karpat. Sprawiło to, że na poważnie podszedłem do szukania ubezpieczenia w podróż.

Dlaczego w ogóle przejmować się nim w Europie, gdy każdej ubezpieczonej osobie przysługuje darmowa opieka medyczna? Większość z nas, wyjeżdżając za granicę, zadowala się polskim ubezpieczeniem lub Europejską Kartą Ubezpieczenia Zdrowotnego (EKUZ). Idący w góry lub nurkowie, wybierają polisę pokrywającą uprawianie sportów ekstremalnych. Co jednak pokrywa każde z nich? Czy w ogóle warto się ubezpieczać, a jeśli tak – na co zwrócić uwagę?

Przygotowanie

Nie warto kwestii bezpieczeństwa sprowadzać do ubezpieczenia. Znam osoby, które doradzają, by w podróże wyruszać spontanicznie, bez planu. W moim przypadku jest to niewykonalne, regularnie trafiam bowiem do miejsc trudnych (góry wysokie, pustynia, wędrówka zimą), a także uznawanych za ryzykowne (w ostatnich latach np. iracki Kurdystan, pustynie Iranu czy pogranicze afgańskie). Takie przygody poprzedza wielomiesięczne zbieranie informacji, map i relacji, rozmowy ze znawcami tych terenów, ustalanie miejsc punktów zapalnych i miejsc bezpiecznych. Takie przygotowanie procentuje i to od niego polecam każdemu zacząć swoją podróż. Profilaktyka przede wszystkim.

Potencjalne koszty

Jadąc w góry nie zakładam wypadku. Sprawdzam jednak informacje na temat kosztów leczenia, transportu i akcji ratunkowej. Zasady różnią się mocno nawet pomiędzy krajami europejskimi i to nawet sąsiadującymi ze sobą.

Klasyczny przykład: Polska i Słowacja. Akcje ratunkowe GOPR lub TOPR, także te z użyciem śmigłowca i angażujące duże zespoły ratowników, są darmowe. Akcja po stronie słowackiej jest w całości płatna, a kwota jaką zaserwują nam ratownicy zależy od wykorzystania (bądź nie) śmigłowca, ilości zaangażowanego sprzętu oraz liczby ludzi pracujących podczas akcji. Koszt skomplikowanej operacji, gdy konieczne jest wydobycie wspinacza z trudnej ściany, to 10-15 tysięcy euro, czasem nawet więcej.

Podobnie jest w Alpach. Po stronie francuskiej śmigłowiec patrolujący rejon Mont Blanc zabierze nas w dolinę za darmo. Już 70 kilometrów dalej, w szwajcarskim Zermatt, ta sama akcja będzie kosztować tysiące franków, a pytanie o ubezpieczenie jest jednym z pierwszych, jakie zadają tamtejsi ratownicy. Po stronie włoskiej prawo zależy od regionu. Akcja ratunkowa co do zasady będzie tam darmowa, ale np. w dolinie Aosty – płatna. W Alpach niemieckich za ratunek nie zapłacimy prawdopodobnie nic, w austriackich – pełną stawkę. W Karpatach Rumuńskich akcja ratunkowa będzie prawdopodobnie darmowa, w górach Bułgarii – niemal na pewno płatna.

Nawet jeśli ratunek w danym kraju jest darmowy (czytaj: śmigłowiec wyciągnie nas z tarapatów za darmo), nie oznacza to darmowego transportu do szpitala, operacji i leczenia.

Sytuacji, w których ubezpieczenie turystyczne może nam się przydać jest nieskończenie wiele. Podane przez Łukasza Supergana tylko pokazują, że będąc nawet najbardziej doświadczonym podróżnikiem, a może szczególnie wtedy, często możemy liczyć jedynie na siebie. W takich sytuacjach warto posiadać polisę i świadomość, że jest ktoś kto nam pomoże. A co z darmowym ubezpieczeniem, jakie gwarantuje EKUZ?

EKUZ

OK, zostaliśmy uratowani i dowiezieni do szpitala. Co dalej?

W idealnej sytuacji kwestie leczenia rozwiązywać powinno ubezpieczenie zdrowotne. To, które mamy w Polsce, przenosi się na inne kraje Europy, dzięki EKUZ – Europejskiej Karcie Ubezpieczenia Zdrowotnego. To dokument, który poświadcza nasze prawo do korzystania z niezbędnych świadczeń zdrowotnych za granicą na koszt polskiego NFZ. Płacąc składki na powszechne ubezpieczenie, mamy prawy do otrzymania EKUZ. Daje ona dostęp do opieki zdrowotnej w innych krajach Unii Europejskiej oraz Norwegii, Islandii, Liechtensteinu i Szwajcarii. W razie potrzeby miejscowa służba zdrowia potraktuje posiadacza karty tak, jak osobę ubezpieczona w tym kraju. Nie oznacza to jednak darmowego leczenia. W zależności od państwa konieczne może być pokrycie części kosztów leczenia. I tu zaczyna się zabawa – co kraj to inne zasady.

Posiadanie EKUZ ułatwia procedury lecznicze i może oznaczać prawo do darmowego zabiegu, jednak nie pokryje kosztów akcji ratowniczej, późniejszego transportu karetką i pobytu w szpitalu. Dodatkowo płatne mogą być badania i zabiegi specjalistyczne (RTG lub tomografia), a niemal na pewno płatny będzie transport medyczny do Polski. EKUZ zapewnia więc podstawowe ubezpieczenie, które na terenie Europy pokryje część kosztów leczenia. W razie wypadku w górach lub na pustkowiu nie będzie wystarczające i np. nie sfinansuje akcji śmigłowca, wartej 10 tysięcy euro.

EKUZ jest bezużyteczna poza Europą, a więc tam, gdzie koszty leczenia bywają najwyższe. Klasyczny przykład to USA, gdzie cena leczenia szpitalnego sięga absurdalnych, z naszego punktu widzenia, kwot. Kilkaset tysięcy złotych za poważną operację to standard. Wysokie koszty leczenia za oceanem to powód, dla którego część firm nie ubezpiecza podróży do USA czy Kanady.

Co wtedy? Pozostaje zbankrutować – lub zaopatrzyć się w dodatkowe ubezpieczenie.

    Kup ubezpieczenie turystyczne

Źródło: http://www.lukaszsupergan.com/ubezpieczenie-w-podrozy-gorach/